Barbara Dzielska i Marta Jurewicz, matka i córka, pracują wprawdzie w Uniwersyteckim Centrum Klinicznym w Gdańsku, ale nie są lekarkami, a mimo to zdołały uratować życie przypadkowemu mężczyźnie, który zasłabł przed szpitalem. Jak się później okazało – uratowały komuś życie nie pierwszy raz!

Lekarze nie mają wątpliwości, że gdyby nie tak fachowa i błyskawiczna reakcja kobiet, 53-latek mógłby umrzeć na progu szpitala. Chory zasłabł w drodze do Poradni Kardiologicznej i nastąpiło zatrzymanie krążenia. Na szczęście nieopodal były bohaterskie kobiety, które wspólnie z ratownikiem medycznym rozpoczęły akcję reanimacyjną.

– Natychmiastowe rozpoczęcie akcji ratunkowej, nawet prowadzonej przez osoby bez wykształcenia medycznego, może uratować życie chorego – tłumaczy prof. Grzegorz Raczak, kierownik Kliniki Kardiologii i Elektroterapii Serca GUMed, wojewódzki konsultant ds. kardiologii. – Bezczynne oczekiwanie na karetkę pogotowia zmniejsza z każdą minutą szanse osoby poszkodowanej na przeżycie o około 12 proc. Opóźnienie akcji ratunkowej o ponad 10 minut w praktyce równa się śmierci chorego – dodaje.

Jak się okazało kobiety nie po raz pierwszy uratowały komuś życie. Marta Jurewicz była kiedyś świadkiem wypadku samochodowego i udzielała pomocy pani, która zadławiła się cukierkiem, ratowałam także brata, który zadławił się kotletem. Jej matka wspomina, że razem z córką ratowała na przystanku mężczyznę, który zasłabł.

Barbara Dzielska i Marta Jurewicz na co dzień pracują na stanowisku gońca, jednak dzięki dodatkowym szkoleniom i ukończonemu kursowi zdobyły kwalifikacje sanitariusza.

Uratowany pacjent UCK, jeszcze w trakcie pobytu w szpitalu, kiedy tylko stan zdrowia mu na to pozwolił, spotkał się z obiema paniami dziękując za pomoc i uratowanie życia. Kilka dni temu w dobrym stanie zdrowia został wypisany do domu.

Share Button