Takie słowa padły wczoraj (7.11) ze sceny klubu Wytwórnia do łódzkich fanów od Piotra Roguckiego, wokalisty zespołu Coma.

Od godziny 19 przed Wytwórnią zbierały się tłumy fanów. Po odebraniu lub zakupieniu biletu, obsługa kierowała nas do szatni. Organizator zapewnił również stoiska z napojami oraz alkoholem. Przed salą gdzie znajdowała się scena główna, zapewnione było miejsce ze stolikami, przy których można było w spokoju porozmawiać lub poznać innych fanów.

Tam właśnie rozmawiałam z kilkoma osobami o gwieździe wieczoru – zespole Coma. Zadałam cztery krótkie pytania:

  • Jak długo ich słuchasz?
  • Ile razy byłeś/byłaś na koncercie?
  • Ulubiona piosenka
  • oraz – moim zdaniem – najważniejsze: czy uważasz, że metamorfoza Roguckiego, którą możemy śledzić w telewizji Polsat, oglądając program ,,Must be The Music”, ma lub będzie miała wpływ na jakość koncertu?

Zacznę może od ostatniego pytania, ponieważ fani i fanki byli bardzo pozytywnie nastawieni do zmiany wizerunku wokalisty. „I tak go kocham, nieważne czy wystąpi w makijażu czy na boso. To zawsze ten sam wspaniały Rogucki” – z uśmiechem na twarzy opowiadała mi jedna z wielbicielek zespołu. Na koncercie pojawiały się zarówno osoby, które słuchają Comy od początku istnienia kapeli czyli od 1998 roku, jak i te, które pierwszy raz miały do czynienia z zespołem. Zaskoczyło mnie, jak często fani podróżują, aby pojawić się na występach grupy w całej Polsce. „To chyba mój siódmy lub ósmy koncert, nie mogę sobie przypomnieć ale muszę przyznać, że każdy jest super wydarzeniem i zawszę wychodzę z sali zadowolony” – opowiadał młody chłopak w koszulce z okładką pierwszej płyty zespołu. Nie wiem czy to przypadek, czy miesiąc jaki aktualnie mamy, ale na pytanie o ulubioną piosenkę, najczęściej padało słowo „Listopad”. W odpowiedzi słyszałam również „100 tysięcy jednakowych miast”, „Zbyszek” oraz „Leszek Żukowski”.

Około godziny 19 na scenie pojawił się pierwszy zespół supportujący. „Call The Sun” zaczęło rozgrzewać publiczność. Godzinę później swój występ rozpoczęła kapela Storo. Już wtedy tłum bardzo dobrze bawił się przy dźwiękach francuskich muzyków. Wszyscy z niecierpliwością czekali jednak na najważniejszy koncert tego wieczoru. No i stało się, o 21 na scenie pojawili się Rogucki, Witczak, Kobza, Matuszak oraz Marszałkowski, czyli pięciu mężczyzn, którzy byli winni całego zamieszania. Wszyscy z radością przywitali zespół.

Fani już od pierwszych dźwięków wspaniale się bawili. Pogo, czyli nieodzowny element na takich koncertach, było wykonywane cały czas. Na kilku piosenkach, młodzi ludzie próbowali nawet tzw. Ściany Śmierci, czyli rodzaju pogo, gdy dwie grupy ludzi uczestniczących w całym zamieszaniu stają naprzeciw siebie i na określony sygnał nacierają na ludzi stojących przed nimi. Przyznam, że wyglądało to dość spektakularnie, gdy Piotr Rogucki nagle w piosence robi pauzę, zespół przestaje grać, a część widowni jakby na hejnał rusza na siebie. Po starcie, mogliśmy znowu usłyszeć muzykę z głośników, jak gdyby nigdy nic się nie stało.

Trzeba wspomnieć o bardzo pozytywnym momencie wieczoru. Gdy usłyszeliśmy „Deszczową Piosenkę” nawiązującą do Łodzi, fani byli wniebowzięci. Wokalista skakał po całej scenie oraz tańczył cały czas wymachując flagą swojego rodzinnego miasta. Po ostatnich dźwiękach gitary dodał, że „każde miasto może nam zazdrościć takich meneli”. Nawiązał oczywiście do komentarzy znanego aktora, Bogusława Lindy, odnośnie Łodzi.

Koncert zakończył się około godziny 23, oczywiście bisem. Ostatnią piosenką była „Los Cebula i Krokodyle Łzy”. Fani pięknie i równo zaśpiewali całość razem z wokalistą. Nie wiem czy to los tak chciał, ale właśnie ten utwór przedstawiliśmy Państwu w poprzednim tekście zapraszającym na wydarzenie.

Dużo emocji, krzyków, łez, potu i rąk non stop uniesionych w górze. Tak w jednym zdaniu mogłabym opisać wczorajsze wydarzenie. Zapraszamy na kolejne imprezy kulturalne w Łodzi i zostawiamy Państwa z pytaniem prosto z „Deszczowej Piosenki”: „Dokąd płynie miasto moich snów? Dokąd płynie niekochana Łódź?”

Share Button